Wejście na Dach Afryki marzyło mi się od dziecka! Naprawdę! Mam gdzieś jeszcze schowany notesik z listą marzeń, wśród których wejście na Kilimandżaro jest na jednym z pierwszych miejsc. Nie interesowała mnie nigdy jego wysokość, ale podobał mi się ośnieżony szczyt wystający majestatycznie ponad sawanną, widoczny na wielu zdjęciach z Kenii i Tanzanii. No i samo stwierdzenie, że to "Dach Afryki" w jakiś magiczny sposób mnie pociągało (Dach Świata też chcę zobaczyć, jest na samym szczycie mojej listy...).
To co mnie odstraszało, to duże koszty wejścia na Kili: można to zrobić tylko z przewodnikiem i tragarzami, każdy dzień kosztuje wiele dolarów, plus loty do Tanzanii - daje to w sumie koszt, który zawsze był poza moim zasięgiem.
Ale lata lecą i w pewnym momencie okazało się, że zbliżają się moje 40 urodziny. To właściwie połowa życia. Pomyślałam, że z moją kondycją to teraz będzie raczej coraz słabiej, jakieś niewielkie oszczędności mam, coś jeszcze mogę dozbierać, a na 40-stkę przydałoby się jakiś fajny prezent sobie zrobić :)
Ciągle jednak się wahałam, bo to kupa kasy, bo co z Lilą (nie wezmę 13-to latki na prawie 6 tys m.n.p.m), bo to jednak długi treking, a moje plecy i kolana już nie mają 20 lat. Ale pewnego dnia byliśmy z Grześkiem u znajomych oglądnąć zdjęcia z ich wyjazdu do Meksyku. I okazało się, że Monika była na Kili już kilka lat temu z koleżankami, bardzo spontanicznie i bardzo jej się podobało. Zmotywowała mnie :) A potem jeszcze Grzesiek stwierdził, że pieniądze są po to, żeby je wydawać i decyzja była podjęta!
Aby zmniejszyć koszty oraz do towarzystwa, zaczęliśmy pytać znajomych, czy ktoś byłby zainteresowany takim trekingiem z nami. Chętna była Kasia, moja koleżanka z pracy, która miała jeszcze 2 chętne koleżanki i dosłownie 3 tygodnie wcześniej zaczęła się zastanawiać nad wejściem na Kilimandżaro. Była więc nas piątka. Przez WhatsUp kontaktowaliśmy się w sprawie biletów i już po ich zakupie spotkaliśmy się - tylko 1 raz przed wyjazdem, praktycznie się nie znając. Ale takiej ekipy ze świecą szukać!!! Okazało się później, że cudownie się dogadujemy, że to naprawdę nasz Dream Team :) Los sprawił nam naprawdę cudowny prezent, że nas ze sobą zetknął.
Zadecydowaliśmy też, że poza Kilimandżaro pojedziemy na safari i na Zanzibar, wykorzystamy całe 2 tygodnie ferii zimowych.
Decyzja co do wyjazdu zapadła we wrześniu i od tej pory zaczęłam się fizycznie przygotowywać na wyjazd. Naprawiłam kolano, z którym miałam problemy, a potem zaczęłam ćwiczyć, żeby wzmocnić mięśnie, szczególnie nóg. 30-45 minut ćwiczeń, plus rozgrzewka i rozciąganie, 4-6 razy w tygodniu dało efekt. Nie spektakularny, ale moje kolana i plecy zdecydowanie lepiej funkcjonowały. Dziewczyny przygotowywały się bardziej kondycyjnie: biegi, wspinaczka, długie spacery, rower. Grzesiek codziennie jeździł do i z pracy rowerem.
Bilety kupiliśmy dopiero początkiem listopada i trochę polowania na nie było, by kupić je jak najtaniej, jak najkrótsze połączenia i z niedalekiego lotniska. Koniec końców zdecydowaliśmy się na lot z Wiednia, bo był jeszcze w zasięgu dojazdu samochodem w kilka godzin, a cena za bilety była prawie najniższa, jaką udało nam się znaleźć.
W międzyczasie wyszukałam kilka lokalnych agencji organizujących trekingi na Kili, poczytałam opinie, przeglądnęłam strony i koszty, skontaktowałam się z niektórymi i wybraliśmy usługi Kilimajaro Heroes. Byli najbardziej konkretni, komunikacja z nimi była wzorowa, odpowiadali na wszystkie pytania, proponowali różne rozwiązania, ale bez narzucania się. Od razu instynktownie mi się spodobali. Później okazało się, że moje przeczucie było właściwe i mieliśmy najlepszą agencję w Tanzanii :)
W międzyczasie kompletowaliśmy sprzęt - odzież termiczną, kijki, buty, ciepłą kurtkę oraz bluzę merino (ja), no i przede wszystkim ciepłe śpiwory. Kupiliśmy z Grześkiem puchowe, aby przetrwać około 0 stopni w nocy w namiocie.
Aż przyszedł czas pakowania. Trochę było z tym logistyki, aby spakować się na 2 tygodnie, na zimno, na upał, na treking i na relaks, aby zabrać butelki z filtrem, batony energetyczne, tabletki z elektrolitami, apteczkę i mnóstwo innych rzeczy, które mogą być przydatne.
29 stycznia przed 4:00 w nocy wyjechaliśmy z domu, zostawiając Lilę i Yetiego pod opieką dziadka. Zgarnęliśmy po drodze Magdę, a potem Kasię i ruszyliśmy do Wiednia.